|
2007
Kluby |
![]() |
Przyjaciele jesteś gościem
|
|
Godzina: 22:44:34 Klasa Idealna Witam, zacząłem nowe opowiadanie pt. Klasa Idealna, znajduje się ono pod adresem komentarze [2] Godzina: 21:21:22 Tożsamość Wroga Odcinek 10. Ostatni Kradzież UWAGA! TO JEST OSTATNI ODCINEK! JEŚLI NIE CZYTAŁEŚ POPRZEDNICH - ZACZNIJ OD PIERWSZEGO! To już definitywnie koniec... Zapewniam, że ostatni raz się męczycie z Dominikiem. *** Postać ubrana w czarną bluzę z kapturem siedziała za biurkiem. Był to młody mężczyzna w prostokątnych oprawkach. Był wpatrzony w komputer. Co jakiś czas ruszał myszką, by przerzucić stronę. Dominik szukał czegoś o nich. Musiał wiedzieć. Kilkanaście minut później wstał, podszedł do drzwi i zawołał kogoś. Następnego dnia - O co tu chodzi, Krajewski? - Co się stało, że powiedziałaś do mnie po nazwisku? - spytał Dominik. - Miałeś mi przekazać dowody naszej niewinności. A widzę, że przyprowadziłeś tutaj... - Arbitrix popatrzyła na Vlada. - Tego starego chama. Vlad się zaśmiał. - Chama? Oj, widzę, że te plotki o tobie nie są kłamstwem, Kowalik. Arbitrix popatrzyła na niego miażdżącym wzrokiem, którego nie powstydziłby się żaden dobry aktor pantomimy. - Nie jesteśmy tu po to, by ustalać, kto jest chamem, a kto nie. - uciął Dominik. Vlad i Arbitrix popatrzyli na niego. - Gdzie są dowody? - Nie teraz - powiedział Krajewski. - Teraz, to już wszystko wiemy. - O czym ty, do cholery, mówisz? - spytał Vlad. - "To jeszcze nie koniec". - Co? - Głos w słuchawce. W dniu pogrzebu Anety. Głos, którego nie zapomnę do końca życia. - Co z nim takiego? - zapytał zdenerwowany Vlad. - No właśnie... Trzy samochody. Nie dwa. AJCASNES. Spadek. To wszystko się łączy. - A niby jak? - Zacznę od początku. Dzień pogrzebu. Wtedy wszystko się zaczęło. Ksiądz wspomniał coś o patriotyzmie i oddaniu pracy. Pamiętam, co wtedy myślałem. Oczywiście, nie wiedziałem jeszcze, o co chodzi. No i jeszcze jacyś osobnicy w czarnych marynarkach. Wydało mi się to dziwne. - No i wynika coś z tego? - zapytała Arbitrix. - Znasz już część tej historii. Ale nie wszystko. Więc zaczekaj jeszcze przez moment. Wieczorem zadzwonił prawdziwy morderca Anety. Dostałem też od kogoś wiadomość. Nie wiem, od kogo. Od was, czy od nich. Wiem jedno. Tych policjantów przysłali dżiniści. Jednak morderca ich wyśledził. I zabił. Zdołałem uciec, więc wy mnie przechwyciliście. - zwrócił się do Vlada. - Potem się spotkaliśmy i, po rozmowie, podczas której się dużo dowiedziałem, wypuściliście mnie. - To już przesada! Po co nas tu ściągnąłeś? - warknęła Arbitrix. - No dobrze, będę się streszczał. Ci trzeci wtedy zabili wszystkich wokół, a mnie puścili wolno, a na dodatek dali wskazówkę, potrzebną do rozwiązania zagadki. Zamierzali mnie zabić, to oczywiste, ale jeszcze później, gdy nie będę już im potrzebny. To, że jeszcze żyję, zawdzięczam cholernie szczęśliwemu przypadkowi. Potem byliśmy świadkami początku okropnych zdarzeń. - Będzie ich więcej? - zapytał Vlad. Dominik popatrzył się na niego podejrzliwie. - Tak. - Gdzie? Po co? - To za moment. - przerwał Dominik. - Najpierw musicie sobie coś wytłumaczyć. Vlad i Arbitrix popatrzyli po sobie. - Co masz na myśli? - Nie macie sobie nic do powiedzenia? Dominik wyciągnął "Gazetę Wyborczą". Nagłówek był doskonale widoczny. "GRUPA NEONAZISTÓW ATAKUJE NA MAZURACH" - Wybiórcza powtarza wasze kłamstwa wytworzone po to, by nie przyznać się, że nie wiecie, kto jest winien zamachowi! Aneta była tak blisko, ba! Już wszystko wiedziała! Ale nie zdążyła wam przekazać swojej wiedzy. Pewnie dlatego, że... - Dominik na chwilę się zatrzymał. - Że ją zdążyli zabić. Szukaliście kozła ofiarnego, więc go znaleźliście. Oraganizacja podająca się za dżinistów. - Podająca się? - zdziwiła się Arbitrix. - Proponuję pojechać do Indii i spotkać się z prawdziwymi wyznawcami tej wiary. Wy jesteście tylko sektą, która podaje się za tych, kim nie jest. Dominik mógł dokończyć to zdanie tylko dlatego, że zaskoczyło ono Arbitrix. Wpatrywała się ona w Krajewskiego z otwartymi ustami. "Idiotka." - Skąd was stać na taki dom? Tyle samochodów? Kim są prawdziwi dżiniści? - zapytał. - Wystarczyło wejść... - Jak... jak śmiesz! - przerwała mu. - No, no! Czego się tu dowiaduję! - rzekł zadowolony Vlad. - Drogą zbawienia dla dżinistów jest ubóstwo. Zdzieracie pieniądze od nieświadomych niczego ludzi. A Dom? Nazwa waszej kwatery nie jest przypadkowa. Dom po niemiecku oznacza katedrę. Przemieszanie kultur? - zaśmiał się. - Pani zna kodeks karny, pani Natalio? Radzę się z nim zapoznać - powiedział Vlad. - Wyłudzanie pieniędzy... no, no, no! Sąd będzie miał co do robienia! Skończyliśmy spotkanie? Gdzie są te dokumenty? Arbitrix słyszała ich coraz gorzej. W pewnym momencie osunęła się na podłoże. - Cholera! Jeszcze tego nam tu brakowało! Zadzwonię z samochodu po pomoc. Co zrobiłeś z tymi dowodami? - Wysłałem do gazety. - Przepraszam, mógłby pan coś dla mnie zrobić? - zapytał Dominik. - Tak? Tym mężczyzną był kierowca, ten sam, który przed chwilą przywiózł Dominika do Transylwani. "Co za debil wymyśla im takie nazwy! AJCASNES, Transylwania, Vlad, może jeszcze Lord Vader?" - Mógłby pan zanieść to na pocztę i wysłać? - zapytał, podając mu małą paczuszkę z adresem. - Oczywiście. Co to jest? - Przesyłka. Vlad stanął jak wryty. - Co? - Oni chcą obalić ten system - powiedział spokojnie Dominik. - Wysłałeś je? Stary człowiek wyglądał, jakby miał dostać zawału. - Co za osioł! No... Mam nadzieję, że zrobiłeś kopię zapasową. Dominik popatrzył na niego tępo. - Nie... proszę... Czyś ty oszalał? - wrzasnął Vlad. - Co sobie myślałeś? - Oni dalej będą zabijać! - A co mnie to obchodzi! - Zamachy mają zostać przeprowadzone w siedmiu miastach, u nas jeden, potem dwa w Zakopanem, na siedmiu w Warszawie kończąc! Zaczną na Krupówkach i Gubałówce, a na Sejmie i Pałacu Prezydenckim skończą! - Czyś ty postradał rozum! A jeśli przechwycą przesyłkę? Przecież tak już zdołali zabić Ewę! - Nie wspominaj mi o niej! - Bo co? Jesteś niedojrzałym gówniarzem, który chciał się pobawić w dorosłość! Coś sobie myślał? - Nie ja wplątałem się w to wplątałem! - To zwalisz wszystko na Anetę? - Gdyby nie ona, nie wiedzielibyście nic. Jedno wielkie zero! - Skąd wiesz jak pracujemy? Co wiesz o swojej żonie! Gówno wiesz! Ćpunie jeden! Dominik spojrzał na niego przerażonym wzrokiem. - Co... nie wiem... - zająknął się. - Dobrze wiesz, o czym mówię! - To... było piętnaście lat temu - wydukał Dominik. - Myślisz, że Aneta nie wiedziała? - zadrwił Vlad. Ich kłótnię przerwał dzwonek telefonu. Na skraju parkingu stał automat telefoniczny. Vlad popatrzył na Dominika. - Odbierz. Ja zadzwonię po pomoc - powiedział wskazując na leżącą Arbitrix. Dominik jak w śnie podszedł do telefonu. Powoli podniósł słuchawkę. - Ha... Halo - powiedział. - Pan Krajewski? - zapytał obcy głos w słuchawce. Głos żeński. Dominik odetchnął z ulgą. - Tak. - Wysłał pan nam coś? - Z kim rozmawiam? - Wysłał pan? - Tak. - Bardzo się cieszymy. Właśnie dostaliśmy paczuszkę. "Poczta Polska tak szybko dostarczyła ten list?" - Był tam ten numer telefonu. - powiedziała kobieta ze słuchawki. "Wypożyczalnia Samochodów Tolin w Olsztynie, czym mogę służyć?" "Nie..." Dominik odłożył słuchawkę jak oparzony. Odwrócił się w kierunku samochodu Vlada. Ale już nie było tego samochodu. Arbitrix też zniknęła. Dominik popatrzył na... sam już nie wiedział na co. Czy to była jeszcze lufa, czy już lecąca kulka? Zabójczy nabój, który przebił czaszkę Dominika nad lewym okiem. Ból był niewyobrażalny, ale nie trwał długo. Przed śmiercią Dominik zobaczył sylwetkę łudząco podobną do Anety. *** Vlad miał wyrzuty sumienia. Podczas kłótni zobaczył kątem oka ponurą sylwekę leżącą na dachu hali. Kiedy zadzwonił telefon wiedział już, co się stanie. Kiedy Dominik się odwrócił, by pójść do telefonu, stary Vlad złapał Arbitrix i zdołał ją zaciągnąć do samochodu. Wrzucił ją na tylne siedzenie i ruszył przed siebie. Kiedy usłyszał strzał, zaczął płakać. Przed oczami stanęła mu Aneta. Vlad nie mógł wytrzymać. Zawrócił. *** 1.08. godzina 19.29 19.29.58 19.29.59 19.30.00 Teraz charakterystyczny sygnał. Wiadomość dnia. Udaremniono zamach bombowy w Zakopanem. Arbitrix siedziała przed telewizorem w świetlicy i obserwowała zdjęcia z akcji policjantów. Na jednym ujęciu rozpoznała Vlada. Vlad był na posterunku policji. Podjął decyzję. Przejdzie na emeryturę. Nikt się nie dowie... komentarze [11] Godzina: 21:19:14 Tożsamość Wroga Kulisy Tożsamości Wroga Jak obiecałem, tak zrobię, czyli przed Wami Kulisy Tożsamości Wroga. *** Jak powstała Tożsamość Wroga? Gdzieś w lipcu w Jarosławiu, jeszcze ten stary Kuba, usiadł na łóżku, bo mu się nudziło, w celu rozrysowania drzewa genealogicznego do pewnej historii. Niestety, ale jego kuzyn nie miał pod ręką odpowiednich kolorów, więc nie mógł zaznaczyć stosunków rodzinnych, toteż Kuba wziął drugą kartkę i napisał na górze słowo "FACET". Wziął je w ramkę, po czym podszedł do półki z książkami i spojrzał na książkę Marka Krajewskiego. Wrócił do pisania i pod widniejącym słowem dopisał "Dominik Krajewski". Następnie napisał obok "jego ŻONA ZABITA przez bezdomnych". Nad tym zdaniem dopisano "odc. I". Dalej: "Na pogrzebie dzwoni telefon, który on odbiera." "Ktoś mówi, że to nie koniec. Wieczorem w skrzynce mailowej znajduje wiadomość o treści: < Tak miał się skończyć I odcinek, gdzieś w rogu dopisano "WRÓG BEZ TOŻSAMOŚCI tytuł". "Odc. II Dominik otwiera drzwi federalnym (tak! to słowo zostało użyte! widać wpływ oglądanego w międzyczasie Prison Break). Zaczyna się przesłuchanie. Wypytują go o Sonę (skreślono) Ambob. Gdy to nie daje efektów, aresztują go. Jednak zaraz po wyjściu z jego domu ktoś strzela (skreślono) zabija do..." Następnie ten sam Kuba wziął następną kartkę, na górze napisał "WRÓG BEZ TOŻSAMOŚCI" i poniżej: "SERIA I ODC.1 - Wiadomość (jak widać nie zmienił później) ODC.2 - Morderca" Nic więcej. Z tego co pamiętam, Kuba musiał wracać do Laszek, gdzie z kuzynem pilnował domu cioci, która razem z córką, pojechała na tydzień do Paryża. Kuba wtedy usiadł do komputera i zaczął pisać. Zmienił tytuł na "Tożsamość Wroga" i począł opisywać kolejne odcinki. Pierwsze, co zrobił, to połączył dwa pierwsze odcinki w jeden o tytule "Wiadomość". Potem zabrał się za opisywanie następnych odcinków. Dotarł do szóstego i zrozumiał, że tego nie da się zrobić w simsach. To było w lipcu. Na początku sierpnia pan autor pojechał na obóz językowy do Berlina. Tam poznał pewną dziewczynę, która też wymyśla historie. Podała mu adres do swojego bloga, na którym parodiuje Harry'ego Pottera. Po powrocie Kuba przeczytał całą tę parodię, po czym wpadł na pomysł, że sam może napisać coś na bloga. I odszukał w skrzynce mailowej treść pierwszych odcinków. Pod koniec sierpnia do Kuby przyjechała rodzina z Darłowa. Kiedy rodzice byli w pracy, on musiał się nimi zająć. Pojechali więc do Arkad i tam Kuba ich na chwilę zostawił i poszedł kupić sobie nowy zeszyt i długopis. Potem wrócił do nich i zaczął coś skrobać na kolanie. Po powrocie rodziców do domu przepisał to, co już napisał. Wieczorem umieścił to w sieci. Przez następne dni Kuba pisał kolejne odcinki według tekstu pt. "Tekst", który zalega do tej pory na jego pulpicie. *** Druga seria Miała powstać na podstawie 11 odcinków pierwszej serii. Jej założenia zostały przedstawione w 10. odcinku. I seria: 1. Wiadomość 2. Stary człowiek 3. AJCASNES 4. Arbitrator 5. Dom 6. Spadek 7. Polowanie 8. Spotknie 9. Dowód 10. Kradzież 11. List II seria miała się składać z 7 odcinków: 12. Siedem pieczęci 13. Śmierć i otchłań 14. Wielka nierządnica 15. Abaddon i Apollyon 16. Przemysł 17. Port 18. Historia Odc. 18. miał zakończyć się poprzez ujęcie sprawców, ale nie poprzez Dominika i Ewę (która miała przeżyć 7. odcinek), którzy mieli za nimi gonić, tylko przez antyterrorystów. To taki mały żarcik miał być z mojej strony. Odc. 11 (pt. List) miał opowiadać o liście, który Aneta wysłała do Dominika, gdyby jakoś przez przypadek dowody zaginęły. Miały to być zagadki zrozumiałe tylko dla Dominika (głęboko wierzącego katolika) na podstawie Apokalipsy św. Jana. Wypisałem sobie ciekawe wersety: AP 17, 4-6 AP 4, 2-7 AP 5, 2-3 AP 9, 11 AP 11. 17 Jak chcecie, to możecie sobie poszukać. Chyba dobrze, że drugiej serii nie będzie. *** Statystyki Najdłuższym odcinkiem jest 9. (Spotkanie). Ma on 1674 wyrazy, 254 wiersze i 8819 znaków bez spacji. Najkrótszy to odcinek trzeci (AJCASNES). 483 wyrazy, 78 wierszy i 2778 znaków stawia go na szarym końcu tabeli. Kolejność długości odcinków (wg wyrazów): I 9. Spotkanie II 8. Wesele III 10. Kradzież IV 7. Polowanie V 6. Spadek VI 4. Arbitrix VII 5. Dom VIII 1. Wiadomość IX 2. Stary człowiek X 3. AJCASNES Jak widać, im wyższy numer odcinka, tym dłuższy odcinek. *** Alternatywne zakończenie? Dominik nie żyje, zabili go mordercy jego żony. Jednak nie tak miała się zakończyć. Krajewski miał pojechać do Zakopanego, zrozpaczony swym błędem i chciał się zabić w zamachu. Jednak żadnego zamachu nie byłoby, bo w porę antyterroryści złapaliby zamachowców. *** To tyle. komentarze [3] Godzina: 17:36:24 Tożsamość Wroga Odcinek 9. Spotkanie To już przedostatni odcinek Tożsamości Wroga. Na ostatni nie będziecie musieli tak długo czekać. Dołączę do niego również mały bonus, czyli "Jak powstała Tożsamość Wroga" *** Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Najpierw odwrócił się na pięcie, chwilę później przykurczył ręce nad głową i upadł na ziemię. Huk był niewyobrażalny. Wszędzie dookoła posypały się ostre odłamki przemieszane z małą ilością krwi. "Ewa!" Dominik nie był w stanie wstać, ani tym bardziej myśleć. Godzinę wcześniej. Dominik wszedł do pokoju o numerze 23. Był to nieduży pokój, z jednym oknem wychodzącym na Jezioro Południowe, za którym na linii horyzontu widniało miasto. Promenada Żeromskiego. Mimo wielkości, pokój był stosunkowo dobrze wyposażony. Pod ścianą stało pościelone łóżko, przed nim niska ława z zielonym obrusem w kratkę. Pod przeciwległą ścianą stała długa meblościanka, na której stał włączony telewizor. "I've been elected to decide, not to read." "Znowu Simpsonowie." Ale tym razem Dominik nie rozmyślał o poziomie filmu w porównaniu do serialu. Usiadł na kanapie i wyciągnął swoją komórkę. "No i co teraz?" Wstał i zaczął przeszukiwać szafki. Nie znalazł tego, co było mu potrzebne. Wyszedł z pokoju i zszedł po schodach do recepcji. - W czym mogę służyć? - zapytała kobieta zza kontuaru. - Ma pani dostęp do książki telefonicznej? - spytał Dominik. - Dokąd chce pan zadzwonić? Żuła gumę. Dominik popatrzył na nią krzywo. - Wypożyczalnia samochodów. - rzekł oschle. - Najbliższa w Olsztynie. Tu jest numer. - wzięła kartkę i zapisała na niej ciąg cyfr. - Dziękuję. Dominik wziął karteczkę i przepisał numer na komórkę. Po chwili wahania wcisnął wybieranie numeru. - Wypożyczalnia Samochodów Tolin w Olsztynie, czym mogę służyć? - spytała kobieta po drugiej stronie słuchawki. - Chciałbym zamówić samochód. - Dokąd i na kiedy? Dominik podał adres. - Mogę wiedzieć na kiedy sobie pan życzy ten samochód? - Jak najszybciej. - Powinien dojechać za godzinę. Jak pan ma zamiar zapłacić? - Może być gotówką na miejscu? - Oczywiście. - Proszę zostawić klucz na recepcji. Dominik rozłączył się. Rozejrzał się po hallu, po czym ruszył w kierunku schodów. "Przyjedzie ten gość z kluczami, i da je tej kobiecie." "Cholera. Uspokajanie działa?" Dominik zawrócił i podszedł do recepcjonistki. Powiedział jej o kluczyku. Minutę później znalazł się w pokoju. Wyciągnął swoją komórkę, nastawił budzik i położył się na kanapie. Niecałą godzinę później Na placu przed Zajazdem dało się słyszeć przeraźliwy krzyk. Recepcjonistka wybiegła z hallu. Czarna skoda wjechała na parking przed budynkiem. Samochód podjechał do leżącego Dominika. Ktoś wysiadł i wrzucił Krajewskiego na tylną kanapę. - Żyje? - spytał kobiecy głos. Dominik wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk. - Taa... - odpowiedział jakiś mężczyzna. Samochód wjechał w kałużę rozpryskując dookoła deszczówkę. "Znowu mnie porwali." "I co z tego." "Mogą mnie zabić." "No i?" Dominik zapadł się w czerń. Obudziły go jakieś hałasy. - Nie możemy... - Nie zapominasz, kto tu decyduje? - Rusza się... Samochód podskakiwał na dziurach. - Nie. Przynajmniej nie widzę. Śpiewające ptaki. Czyjeś kroki. - Gdzie jest? - Z tyłu. - Jak... Dominik otworzył oczy. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Był to mały, niemalże klaustrofobiczny pokój wymalowany na biało, z jednym malutkim oknem i drzwiami na przeciwległej ścianie. Krajewski wstał. - Dokąd to? - Muszę... - zaczął Dominik, ale po chwili przerwał i zaczął przyglądać się osobnikowi siedzącemu na krześle obok łóżka. Wcześniej go nie zauważył. Już kiedyś widział tego człowieka. Tylko nie mógł sobie przypomnieć gdzie. - Czy my się znamy? - zapytał. "Prawie jak w Rivendell..." "Gandalf?" - Widzę, że jeszcze pan nie kojarzy, panie Krajewski. - Nie... co? Do pokoju weszła jakaś kobieta. Arbitrix. "O jak dobrze." "Muszą się tylko zgodzić." "A jak się nie zgodzą?" "Nie ma takiej możliwości! Przecież nie wiedzą!" - Arbitrix! - zawołał Dominik. - Obudziłeś się. Cóż... - zamilkła na chwilę. - Masz dowód przy sobie? - Co... Ach... Nie... - To co pan przez ten czas robił? - wtrącił się mężczyzna. - Co wyście w tym czasie robili? - zapytał Krajewski z wyrzutem. - Śledziliście mnie cały czas. - Uratowaliśmy ci życie. Tamci już jechali. - odpowiedziała Arbitrix. - Oni cię chcieli zabić. - Mylicie się. - rzekł niespodziewanie Dominik. - Gdzie? - krzyknął zdenerwowany mężczyzna. - Ty mu na taką gadkę pozwalasz? - zwrócił się do Arbitrix. - Jutro. W Hali Wyzwolenia. - wtrącił się Dominik. - Przepraszam? - Tej przy dworcu. Przekażę ci dowody. Masz być tam sama, Arbitrix. - powiedział Krajewski. W pokoiku zapadła cisza. "Kiedy wejdzie Elrond?" Dominik wstał. Dżiniści go nie zatrzymywali. - Ktoś mnie może odwieźć do domu? - zapytał. - Zaczekaj. - Arbitrix wyszła z pokoju. - O której godzinie. - rzucił mężczyzna. - O dwunastej w południe. - odpowiedział Dominik. Dominik wątpił, czy terroryści obstawili jego dom. Był przekonany, że pomyśleli, iż będzie pewny, że ktoś będzie pilnował jego domu. "Nie ze mną te numery." Obawiał się jednak, czy w domu nie jest zainstalowany podsłuch. "Cholera, przecież wiem, że jest." Dominik jechał samochodem pożyczonym od Dżinistów. Już jeden samochód oczekiwał na niego pod domem. Ten, który pozostawił tu wczoraj. "Kiedy w ogóle to wszystko się zaczęło? Od czego? Czy to trwa już tydzień?" Dominik zagapił się i przejechał przez skrzyżowanie na czerwonym. W ostatniej chwili wyminął czerwonego golfa nadjeżdżającego z prawej strony. Na Rynku dalej stała chmara dziennikarzy. "Powinni zamknąć plac do wyjaśnienia przyczyn tego wybuchu." "Ale ty już je znasz, Dominiku!" "No i właśnie dlatego muszę się z nimi spotkać." Krajewski skręcił kilka razy i wjechał na uliczkę, przy której stał jego dom. Jednak nie dojechał pod podjazd, tylko zatrzymał się trzysta metrów przed granicą działki. "Cholera!" Dominik przeliczył się. Przed domem stały trzy samochody. Jeden pożyczony poprzednio od dżinistów, drugi czarny mercedes, a trzeci zielony ford mondeo. Nie ma dżinistów. Więc pozostaje tylko dwóch prześladowców. Dominik zawrócił na podjeździe nowo wybudowanego domu, który stał obok domu Krajewskich. Tamci zauważyli jego manewr i ruszyli za nim. - Cholera jasna! - wrzasnął Dominik. "Zgon to niezła farsa." Krajewski nie zważał na włączone radio. Przyspieszył. Zaczęło się ściemniać. - No jedź! - zmienił bieg. Skręcił gwałtownie w jedną z uliczek. "Już blisko do głównej ulicy." Zajrzał w lusterko. Jeden z samochodów przyspieszył. Dominik spojrzał na drogę. Przed nim stało kilka samochodów w korku. - Fuck! - wrzasnął Dominik w obcym języku. - Ja... no... - zatrąbił na stojące samochody. Jeden z kierowców wystawił przez okno środkowy palec. Czarny mercedes podjechał do drzwi Dominika i kierowca otworzył te od pasażera. Zaczął coś krzyczeć. Dominik jednak go nie słyszał. Ale domyślił się, o co chodzi. W ciągu dwóch sekund siedział już na przednim siedzeniu mercedesa. - A teraz, niech pan się trzyma. - powiedział kierowca z niemieckim akcentem. - Przeklęci faszyści. - Dobrze wiecie, że to nie są oni! - krzyknął Dominik. Kierowca nie odpowiedział. Ruszył lewym pasem. Ford pojechał za nimi. Mercedes skręcił w główną ulicę. "Znowu Rynek." "Masz coś z głową? Możesz zginąć tu i teraz, a ty myślisz o już zmarłych. Umarli świata nie uratują." "Ale są jego częścią." "Filozof się znalazł." Dominik pomyślał o Anecie, Ewie, swoich rodzicach... swoim nałogu. Po raz pierwszy od kilku lat przypomniał sobie, co czuł w tamtym okresie. Szybko przestał o tym myśleć. - Mógłby pan przyspieszyć? - zapytał Dominik; ich prześladowcy nadal byli o długość malucha za nimi. Kierowca popatrzył kątem oka na Dominika. Sięgnął ręką po koguta i wystawił go na dach. "Ijo, ijo, ijo... no... jeśli to ma nas uratować..." - Vlad nie będzie zadowolony. - rzekł cicho kierowca. - Kto? - Vlad. Zresztą... bez znaczenia. Pomknęli teraz jeszcze szybciej wąską ulicą. "Kiedy ci debile wybudują obwodnicę tej zakorkowanej mieściny?" Wjechali w uliczkę starego miasta. - Będziemy tu teraz kluczyć? - zapytał Dominik. - Zgubimy ich? - No jeśli nie znają naszej Transylwanii, to tak. Zgubimy ich. - powiedział cicho kierowca. - Transylwania? O czym pan mówi? Kierowca nie odpowiedział. Zgubili pościg. W jednej z uliczek, której nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia, zatrzymali sie przed sypiącą się kamienicą. - Tutaj proszę. - Też sobie wybraliście hotel... - rzekł Dominik. - Nie ja wybierałem. - uśmiechnął się mężczyzna. Podszedł do drzwi i otworzył je kluczem. Weszli po schodach na piętro. Tu kierowca zapukał do drzwi. - Kto tam? - Wampir. Zamek się otworzył. Dominik wszedł do środka. - Gdzie Vlad? - W pokoju. - Przywiozłem pana Krajewskiego. - Witam w Transylwanii. Dominik nic nie odpowiedział. Jeden z mężczyzn zaprowadził go do pokoju. - Witam. - powiedział stary człowiek. - Zapewne to pana nazywają Vladem? - zapytał Dominik. - Trudno było zgadnąć. - odrzekł sucho Vlad. - A, siadaj, jeśli już jesteś. Dominik zauważył zmianę, która nastąpiła w jego głosie. - Czy coś się stało? - spytał. - Tak. Zginęła kolejna osoba. Krajewski milczał. - Chciałeś się jutro spotkać. Po co? - zapytał Vlad. - Jutro. O dwunastej w południe. - odpowiedział Dominik. - Nie powiesz? - Nie. Tak jak ty nie powiedziałeś o AJCASNES. - Miałem powody. - Ja też mam. - Mogliby cię zabić. - Mogłem zginąć równie dobrze w tych kamienicach na Rynku jak i w tym samochodzie. - Ale nie zginąłeś. - Ale nie mam już... - Dominik zawahał się. - Nikogo. - "I nie było już nikogo". - Co? - Czytałeś? - Co to? - Książka Christie. - Nie czytałem. - Tytuł wiele mówi. - "Rok 1984" też jest wiele mówiącym tytułem. - Co ma Orwell do tych wydarzeń? "Co za debil! Powinni go przezwać Frankensteinem!" - Co ma Christie do tych wydarzeń? - Ha. Ha. Zabawne. Zresztą... Nie będę zanudzał... Przenocujesz tutaj. - Macie internet? - spytał niespodziewanie Dominik. - Co? "Nie dość, że debil, to jeszcze starej daty." "On nie wie, czym jest internet! Ludzie! Kryjta się! Ci ludzie odpowiadają za nasze bezpieczeństwo!" - Komputer z dostępem do internetu. - Oczywiście! - Vlad wstał. - W pokoju na końcu korytarza. "W takiej kamienicy mają korytarz?" Dominik popatrzył na Vlada pytającym wzrokiem. - No co, kupiliśmy od poprzednich właścicieli, którzy zaadaptowali całe piętro na mieszkanie. - To wszystko wyjaśnia. - mruknął Krajewski. Nazajutrz Dominik razem z Vladem podjechali pod Halę Wyzwolenia obok dworca kolejowego. Parking był prawie pusty; była niedziela. Mężczyźni wysiedli z auta i podeszli do czarnej skody, obok której stała smukła kobieta. - O co tu chodzi? - zapytał Vlad Dominika. - Zobaczysz. - Natalia Kowalik. Proszę, proszę... - szepnął Vlad. - Witam. - odpowiedziała głośno Arbitrix. - Co to ma znaczyć? - zapytała Dominika. - Nie dam wam dowodów przy sobie. A wy musicie sobie uświadomić, że to nie dżiniści są wszystkiemu winni. komentarze [10] Godzina: 15:43:33 Tożsamość Wroga Odcinek 8. Wesele Odcinek trochę różniący się od innych. Jest to retrospekcja wydarzeń sprzed kilku lat. Została już ustalona ilość odcinków: czekają nas jeszcze 2. Na końcu tego odcinka zamieszczam kilka informacji z nim związanych. *** Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Najpierw odwrócił się na pięcie, chwilę później przykurczył ręce nad głową i upadł na ziemię. Huk był niewyobrażalny. Wszędzie dookoła posypały się ostre odłamki przemieszane z małą ilością krwi. "Ewa!" Dominik nie był w stanie wstać, ani tym bardziej myśleć. Parę lat wcześniej. - Anetko, kochanie, mogę cię prosić do tańca? Aneta spojrzała pytająco na Dominika. Ten skinął głową na znak, że się zgadza. Jego nowa żona, w olśniewająco białej sukni, odeszła z jego ojcem. Było piękne, letnie, upalne popołudnie. W sali było duszno, klimatyzator był ledwie słyszalny pośród gwaru przyjęcia weselnego. Na zewnątrz jednak było jeszcze gorzej. Parne powietrze zwiastowało nadchodzącą burzę. Orkiestra weselna właśnie zaczęła grać Sokoły. Teść wziął pannę młodą pod ramię i zaczął z nią tańczyć w kółeczku. Wszyscy na parkiecie zaczęli patrzeć w kierunku tańczącej pary. - Miej na niego oko. - Wiktor Krajewski szepnął te słowa Anecie do ucha. Panna młoda uśmiechnęła się do teścia, ale mina jej zrzedła, gdy zobaczyła jego minę. - Słabo mi... - powiedziała. - Może wyjdziemy na świeże powietrze? - zaproponował. Aneta nic nie odpowiedziała, lecz podążyła za ojcem swego małżonka. Dominik siedział przez chwilę na krześle, po czym wstał i poszedł na parkiet, by poobserwować młodą żonę. Wcisnął się między Janusza a Pawła i zaczął pochłaniać wzrokiem Anetę. Jej żywiołowy taniec wywoływał rumieńce na twarzach męskiej części widowni. Nikt więcej już nie tańczył. Dominik uchwycił jej uśmiech, który zgasł po chwili. Aneta zbladła, po czym oboje wyszli z sali. Część gości była już pod wpływem alkoholu, więc niczego nie zauważyli, jednak Dominik zaniepokoił się. Ewa Korczak stała na dziedzińcu restauracji paląc papierosa. Po jej twarzy spływały pojedyncze łzy. "Dlaczego przyszłam na ten ślub, do cholery?" "Żeby na niego popatrzeć." Rzuciła niedopałek na podłoże i ruszyła w kierunku samochodu, zdecydowana, by opuścić przyjęcie. Wiktor zastanawiał się nad tym dość długo. Był pewien, że Aneta ma prawo znać prawdę, ale jak dużo prawda może kosztować? - Aneta... - zaczął powoli. Ewa usłyszała jakieś kroki za sobą. Odwróciła się i zobaczyła Wiktora Krajewskiego z Anetą. Rozmawiali o czymś. Postanowiła jeszcze chwilę poczekać i posłuchać, o czym oni mówią. Schowała się za jeden z samochodów. Anetę zaniepokoił ton głosu teścia. - O co chodzi? - zapytała. - Będzie lepiej, jeśli usiądziemy. Dominik zaniepokoił się biegiem wydarzeń. Po co Aneta i ojciec mieliby opuszczać wesele? "Nie..." Nagła fala złości przebiegła przez pana młodego. "Nie zrobi tego." Zaczął rozglądać się za Ewą. Nigdzie jej nie zauważył. Wtedy ruszył do wyjścia. - Znasz Ewę Korczak? - Kogo? - spytała Aneta. - Ewa... Jest tutaj... Na przyjęciu. - rzekł Wiktor. - Tato? Dominik stanął przed nimi. Patrzył na ojca. Ewa przeraziła się śmiertelnie. Poruszyła się. Wiktor i Dominik mierzili się wzrokiem. Nagle syn kątem oka zobaczył jakiś ruch między samochodami. - O co chodzi? - spytała Aneta. Dominik zignorował ją. Nie patrząc się na ojca, lecz szukając wzrokiem ruchomego obiektu, powiedział do niego. - Co chciałeś powiedzieć? - Dominik... - Co chciałeś jej powiedzieć? - Dominik krzyknął obracając się w kierunku starszego Krajewskiego. Parę osób stojących palących z boku papierosy obróciło się, kiedy usłyszało krzyki. - Zrozum... - To jest nasze życie! - Ma prawo wiedzieć z kim się wiąże! - warknął Wiktor. Ewa nie wiedziała co ma robić. Zaczęła się kręcić niespokojnie na ugiętych nogach. Było jej trudno, gdyż miała buty na wysokim obcasie i długą suknię. W pewnym momencie wywróciła się z krzykiem. Wiktor usłyszał jakiś krzyk za samochodem Podgórskich. Zaczął iść w tamtym kierunku. Wtedy Dominik zaczął wrzeszczeć. - Niech ktoś dzwoni po karetkę! - Co? - Szybko! Wiktor popatrzył na wołającego. Jego syn trzymał w rękach głowę Anety. Ewa wykorzystała zamieszanie i podniosła się z ziemi. Podbiegła do Krajewskich. Po drodze wyciągnęła swoją komórkę i zadzwoniła na pogotowie. - Aneta... Aneta! - wrzeszczał Dominik. Nie wiedział co się dzieje. W jednej chwili Aneta siedziała wyprostowana, chwilę później przewróciła się. Być może zasłabła. "Aneta! Aneta! Obudź się!" "Nie teraz!" "Złotko..." "Obudź się!" - Karetka już jedzie. - usłyszał głos Ewy dobiegający z oddali. "Ewa." "Cholera." Dominik podniósł się i spojrzał na nią. Chwilę na siebie patrzyli przerażeni, jednak Krajewski przeniósł swoje spojrzenie na ojca. Wiktor popatrzył na młodych. Dominik coś krzyczał. Aneta leżała na jego ramionach. "Nie żyje?" "Boże, nie... nie..." Wiktor złapał się za stojący za nim samochód. Oparł się na rękach i popatrzył w dół. Po chwili odwrócił się w kierunku pary nowożeńców i napotkał morderczy wzrok Dominika. - Coś ty narobił? - zawołał Dominik. Na dziedzińcu zapadła cisza. Wszyscy zgromadzeni patrzyli się to na Dominika, to na Wiktora. - Dominik... - wyszeptał Wiktor. - Co chciałeś osiągnąć? Wesele już zepsułeś! - wrzasnął pan młody. - Za mało ci to? Musiałeś doprowadzić ją do tego? - Karol! Karol! Karol Buski odwrócił się gwałtownie potrącając Weronikę Borowicz. - Przepraszam. - rzucił niedbale. Orkiestra zaczęła grać piosenkę z "Titanica". Tomasz Szaborowski szedł w kierunku Karola. "Jezu, za co? Czym ja komu zawiniłem?" "Może się potknie?" Szaborowski był synem kuzynki Anety i najbardziej upierdliwą osobą na przyjęciu. Skończył naukę na pierwszym roku politologii. "Znalazł się specjalista jeden." - Dobrze, żeś jest! - zaczął Tomasz. - Mamy mały problemik. - Problem. Jaki? - spytał Karol. - Kuzynka leży na padołku męża. Nie wim, ale se tak myślę, że cuś nidobrego z nią jest. - wykrztusił student. - Gdzie? "Jeszcze go nie wywalili ze studiów?" - Na polu. "Jeśli już to na dworzu." "No, to zależy od regionu, w którym aktualnie się przebywa." "Nie ma to jak nowomowa." - To chyba jednak rzeczywiście trochę poważniejsze to to jest. - powiedział Szaborowski. - Już idę. "Jego składnia!" Karol ruszył w kierunku wyjścia. Za nim podążył Tomasz. - A pan doktor to jak tak właściwie poznał się z Krajewskimi? - zapytał student. - Co? - No bo krążą plotki, że miał pan maciupci romansik z kuzyneczką. "Idiota." - To przypadkiem całkowitym prawda nie jest? - Nie. - odpowiedział sucho Karol. - A słyszałem ja całkowicie coś innego. Może jednak miałżeś? - Posłuchaj ty gnojku! - wrzasnął Karol. - Może byś zrobił coś dla mnie i zamknął tą jadaczkę? - Tę. - powiedział odruchowo Tomasz. - Co? - Zaimek wskazujący w bierniku został źle użyty przez pana. "Będzie mnie jeszcze poprawiał, smarkacz jeden." - Poza tym jestem tylko dziewięć lat młodszy od pana! - Gdzie oni są? - spytał Karol. Tomasz wskazał tylko jakieś miejsce palcem. Rzeczywiście, zgromadziło się tam parę osób. - Jesteś zadowolony? - Uspokój się! - krzyknął Wiktor. - Odsuńcie się! Jestem lekarzem. Ktoś zaczął torować sobie drogę pomiędzy zbiegowiskiem stojącym wokół trójki Krajewskich. - Co się stało? - zapytał Karol. - Nie wiem, Aneta nagle upadła. - rzek automatycznie Dominik nie zrywając kontaktu wzrokowego z ojcem. Karol Buski uklęknął koło leżącej Anety. Zbadał jej puls. - Ktoś wezwał pogotowie? - spytał. - Tak. - odpowiedziała Ewa. - Dobrze. Teraz czekamy. Parę minut później zgromadzeni usłyszeli sygnał karetki. Chwilę później pojazd pojawił się na dziedzińcu. Z ambulansu wysiadło dwóch lekarzy i podbiegło do Anety. - Przepraszam, przepraszam. Halo! - Karol przekrzykiwał gwar zgromadzonych i wyjącą syrenę. - Jestem chirurgiem, ale ta kobieta zemdlała. Omdlenie, prawdopodobnie na skutek niedotlenienia. - Dziękujemy. Ktoś jedzie z chorą? - spytał jeden z lekarzy. - Ja. - zgłosił się Dominik. - Wejdzie pan do tyłu po załadowaniu noszy. - Dobrze. Ambulans pędził na sygnale przez opustoszałe ulice Warszawy. Tylko szybka reakcja Karola uchroniła Anetę od nieszczęścia. Dominik był sam z Anetą z tyłu karetki. Trzymał ją za rękę. W pewnym momencie się obudziła. - Do... Dominik? - Tak, skarbie. - Co się stało? Gdzie jesteśmy? - W ambulansie, jedziemy do szpitala. - A goście? - Będą mieli co opowiadać. Na twarzy Anety pojawił się cień uśmiechu. - Widzisz... Ojciec chciał rozwalić nasz związek. - Dominik? Krajewski jednak przestał mówić. Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. "Musisz jej powiedzieć." "Jak?" Nie znalazł odpowiedzi. - Anetko... Mój... Ja... - zaczął - Nie wiem, czy mogę... czy jestem w stanie. - Tylko jeśli zechcesz. Dominik otarł łzy ze swojej twarzy. - Widzisz... Jest taki kłopot. Ja... cóż... Dominik chciał wstać, jednak nie było tyle miejsca. Nie mógł jej tego powiedzieć. Za bardzo się bał. "Tchórz." Aneta wyszła ze szpitala dwa dni później po operacji. Parę lat później Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Najpierw odwrócił się na pięcie, chwilę później przykurczył ręce nad głową i upadł na ziemię. Huk był niewyobrażalny. Wszędzie dookoła posypały się ostre odłamki przemieszane z małą ilością krwi. "Ewa!" Dominik nie był w stanie wstać, ani tym bardziej myśleć. Jednak jedna myśl przeszła przez jego głowę. "Przepraszam." *** W 1. i 4. odcinku mamy pewną sprzeczność. W pierwszym jest napisane, że Aneta ma tylko matkę, w 4. już Aneta nie ma żadnej rodziny. Mea culpa, Rzeczywiście, rodzice Anety zginęli dwa lata przed ich ślubem. Obie te informacje nie uwzględniają rodziny dalszej (czyli kuzyna). Kim jest Wiktor Krajewski? Wiktor jest ojcem Dominika, zmarł w wyniku powikłań pooperacyjnych (rak prostaty) rok po ślubie. Jego żona (Halina) zmarła, kiedy Dominik miał 13 lat. Kim jest Karol Buski? Czy miał romans z Anetą? Odpowiedź na drugie pytanie brzmi: nie. Karol jest znajomym Dominika z kółka teatralnego. Razem chodzili przez długi czas na warsztaty. Dominik zdawał egzaminy do szkoły aktorskiej, ale nie został przyjęty. Karol poszedł na medycynę. Najważniejsze pytanie: co chciał powiedzieć Wiktor na weselu? Otóż chciał powiedzieć o przeszłości Dominika. A ta nie jest różowa. W wieku 15 lat młody Krajewski zaczął ćpać i pić. Z nałogu wyciągnęła go Ewa Korczak, którą poznał 2 lata później. Byli ze sobą przez długi czas, nawet po poznaniu się Anety i Dominika. Jakieś jeszcze pytania? Postaram się je wyjaśnić w ostatnim odcinku. Po nim również zapowiadam bonus. komentarze [10] Godzina: 21:30:07 Wydarzenia Chciałbym przekazać parę informacji. Więc po pierwsze. Seria I zostaje skrócona o DWA odcinki (odc. 9 won, odc. 11 do II serii). Jest to związane z a) bezsensownym tematem 9. odcinka, którego nie było... b) 11. odcinek bardziej pasuje do serii II niż I Po drugie zacząłem się zastanawiać, czy nie zakończyć na serii I. Odcinek 7. powstawał bardzo długo, jego treść ulegała zmianie, w końcu doszło do sytuacji, kiedy popsułem sobie wszystkie następne odcinki (czyli usunąłem zbędną postać). Po trzecie jeszcze nie znamy daty premiery 8. odcinka, ale nie później niż do końca października. Mogę również zdradzić tytuł. Ale po co? komentarze [12] Godzina: 18:35:33 Tożsamość Wroga Odcinek 7. Polowanie Od wschodu zaczęły nadciągać ciemne chmury. Zanosiło się na burzę. Dominik przeglądał zawartość dysku. Maile. Zdjęcia. Nagrania rozmów. Filmy. Regulamin "Stowarzyszenia". Spis członków "Stowarzyszenia". Z nazwiskiem Anety. - Co to jest? - spytała Ewa. - To jest dowód niewinności dżinistów... i kłamstw rządu. - wyszeptał Dominik i otworzył jeden z e-maili. Od: adwokat Do: hebrajczyk@gmail.com 1AJCASNES 27-07, godz. 08:42 KENYR 13 ly TORT Adwokat Od: adwokat Do: hebrajczyk@gmail.com 2AJCASNES 01-08, godz. 16:22 IKWUPÓRK 2 AKWÓŁABUG ANY RECIL GOR TIN Adwokat Po przeczytaniu drugiej wiadomości Dominik skamieniał. Zamach na Rynku został przeprowadzony wczoraj, 27 lipca o godzinie 8:42 w kamienicy nr.13. Ten e-mail był zapowiedzią następnego zamachu. Na Krupówkach i Gubałówce. Zaczął przeglądać inne dokumenty. Okazało się, że ABW otrzymało anonimową wiadomość o planowanych zamachach na terenie kraju. Nie jednym. Zaplanowano siedem zamachów. Na dysku znajdował się jeszcze jeden mail, który został otworzony na końcu. MAMY SZPIEGA Tylko dlaczego ta wiadomość została wysłana do Anety? Za oknem zaczęło padać. Pod budynek podjechał nowy samochód, z którego wysiadło czterech mężczyzn. Zaczęła się strzelanina. Ewa popatrzyła na Dominika przerażonym wzrokiem. Razem z adwokatem podeszli do okna. Dziesięciu mężczyzn miało przy sobie wiele rodzajów broni; począwszy od pistoletów, na karabinie maszynowym kończąc. - Jest stąd inne wyjście? - zawołał Dominik. - Jest, z tyłu. - odkrzyknął adwokat. Dominik podbiegł do komputera i sprawnym ruchem wyrwał USB z gniazdka i rzucił się do ucieczki. Za murami poza deszczem słychać było krzyki ludzi i wystrzały broni. Ewa pobiegła za Krajewskim, Janusz został w swoim biurze. Zaczął układać jakieś papiery leżące na biurku. Strzelanina się skończyła, terrorystom udało się wejść do biurowca. - Sprawdźcie wszystkie pomieszczenia, mogli się schować wszędzie! - wykrzyknął jeden z nich. Rozbiegli się po całym budynku szukając Krajewskiego. Po minucie dwóch weszło do biura Janusza Laskowicza, który stał za biurkiem i trzymał w ręce słuchawkę telefonu. - Odłóż to! - rozkazał z terrorystów. - Gdzie jest Krajewski? No gdzie? - wrzasnął. - Ja... Nie wiem... Huk strzału został zagłuszony przez grzmot; piorun uderzył drzewo oddalone o sto metrów od biurowca. Ciało adwokata opadło bezwładnie na ziemię. Chwilę później usłyszeli skrzypnięcie drzwi. Dominik razem z Ewą zbiegali po schodach. Tym razem to nie były żarty; musieli jak najszybciej zniknąć, bo inaczej oboje zginą. Bo oboje wiedzieli. Nagle rozległ się ogłuszający grzmot. Chwilę później dopadli do drzwi i szarpnęli je z całej siły. Nawet nie zaskrzypiały. Wyszli na zewnątrz. Drzwi zamknęły się powoli. Tym razem skrzypnęły. Nie zważając na strugi deszczu spadające z nieba i pioruny uderzające w okolicy, zaczęli biec najszybciej jak potrafili w kierunku szosy. Nagle podjechał jakiś samochód. Czarny. Nie skoda. Drzwi się otworzyły. - Wsiadać. - powiedział stary człowiek. Dominik spojrzał na niego nieufnie. - Czemu kłamaliście? - powiedział oskarżycielskim tonem. - Wsiadajcie. - rzekł stary człowiek. Dominik zawahał się tylko przez moment. Chwilę później oboje siedzieli na tylnym siedzeniu. - Kim oni są? - zapytał Dominik. - Jacy oni? - Nie udawaj. - rzucił oschle Krajewski. - Nie wiem o co ci chodzi. - odpowiedział stary człowiek tonem zamykającym temat. Wycieraczki nie mogły nadążyć za sypiącymi się z nieba gęsto kroplami deszczu. Jechali bardzo powoli. - Dokąd nas wieziecie? - odezwała się Ewa. Stary człowiek nie odpowiedział. - Ostatnim razem jak mnie gdzieś wywieźliście o mało nie zginąłem! - krzyknął Dominik. - Uspokój... Przerwał mu cichy stuk. Samochodem zarzuciło. Za nimi jechał brązowy Opel. - Są za nami! - krzyknął stary człowiek. - Faszyści! - To nie... - zaczął Dominik, ale nie zdołał przekrzyczeć bębniących kropli deszczu. Nagle samochód jadący za nimi odsunął się na pewną odległość. - Co... co się stało? - zapytała zdezorientowana Ewa. - Pewnie nasi ich odciągnęli. - rzekł kierowca. - Dokąd jedziemy? - Do Zajazdu przy drodze na Olsztyn. - sapnął człowiek. Samochód przejechał przez miasto. Niebem zapanowały deszczowe chmury, oknami mijanych domów zapalone świeczki. - Ktoś zginął? - zapytała Ewa. - Dwadzieścia trzy osoby. - padła odpowiedź. - Są ranni? - Nie. W samochodzie zapanowała cisza. Minęli Rynek, na którym stał osamotniony wóz transmisyjny i wóz strażacki. Wokół ratusza zostały ustawione prowizoryczne rusztowania, mające zapobiec zawaleniu się budynku. W kilku kamienicach brakowało szyb w oknach, jednak najstraszniej wyglądała dziura w ziemi przysypana gruzem i kilka pojedynczych ścian w miejscu, gdzie jeszcze kilka dni temu stały piękne, odremontowane, zabytkowe kamienice. Deszcz powoli ustępował. Nie zacinał już tak mocno, jednak dudnienie jeszcze się nie skończyło. Na skrzyżowaniu z ulicą Olsztyńską utknęli w korku spowodowanym przez wadliwą sygnalizację świetlną. Po dziesięciu minutach udało im się wjechać na Olsztyńską. "Muszą wybudować obwodnicę ze wschodu na zachód. Najlepiej taką, jak z północy na południe." "Ale droga musiałaby okrążyć jedno z jezior. Można również wyburzyć pół miasta." "I stać w korku dzień w dzień i co dzień na skrzyżowaniu Dwudziestego Trzeciego Pułku z Olsztyńską." "Chcesz zniszczyć pół miasta?" Dominik przerwał swe rozmyślania, gdyż przejechali przez groblę oddzielającą Jezioro Północne od Południowego, czyli wyjechali z miasta. Deszcz wreszcie przestał padać. Samochód minął drogę, którą Dominik poprzedniego dnia jechał do Dżinistów. Dwieście metrów dalej stał budynek Zajazdu Dworskiego. Samochód zatrzymał się na parkingu. Pasażerowie wysiedli. - Przenocujecie tutaj. - stwierdził stary człowiek. Dominika nagle olśniło. - Możemy się spotkać? - zapytał. - Co? - Na neutralnym gruncie. Jutro. W Hali Wyzwolenia. Stary człowiek spojrzał na niego podejrzliwie. - Oczywiście. Odwrócił się w kierunku wejścia do budynku. - Mam dowody. - krzyknął Krajewski. Człowiek odwrócił się. Jego zmarszczki uwydatniły się. Wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Wszedł do środka. Ewa i Dominik ruszyli za nim. Krajewski włożył rękę do kieszeni. Tam spoczywał dysk. Dowód. Hall Zajazdu Dworskiego nie wyróżniał się niczym spośród innych moteli przydrożnych. Za kontuarem stojącym naprzeciwko wejścia stała starsza kobieta z przyklejonym sztucznym uśmiechem na twarzy. Rozmawiała ze starym człowiekiem. Ten odwrócił się do nich, gdy ich usłyszał. - Chcecie jeden, czy dwa pokoje? - Dwa. - odpowiedziała Ewa starając się nie spoglądać na Dominika. - Dwa. - potwierdził Krajewski. Kobieta wręczyła im klucze. Dominik otrzymał pokój o numerze 23, Ewa 24. "Spiderpig, spiderpig. Does whatever spiderpig does!" Dominik rozejrzał się po pomieszczeniu za źródłem tego dźwięku. Zobaczył w kącie telewizor, na którym Homer Simpson trzymał jakąś świnię i "chodził" nią po suficie. "Simpsonowie!" "Debile." "Twój ulubiony serial." "Film był nieudany." "A tam, nie znasz się." "Boże, niebezpieczeństwo atakuje nas ze wszystkich stron, a ja tu myślę o Simpsonach." Oboje pożegnali się ze starym człowiekiem i weszli po schodach na górę. - O co ci chodzi z tym spotkaniem? - zapytała Ewa. - Zobaczysz. Będziemy musieli się tylko skontaktować z dżinistami. - Ale... - Wszystko w swoim czasie. - rzekł Dominik i zniknął za drzwiami swojego pokoju. - Daj mi godzinę. - krzyknął jeszcze przez drzwi. Godzinę później Ewa czekała na Dominika pod drzwiami. Wyszedł z mokrymi włosami. - Zaczekaj jeszcze chwilę. Muszę je wysuszyć. - wszedł z powrotem do pokoju. Po minucie wyszedł z lokalu i zszedł po schodach. Ewa ruszyła za nim. - Czy mógłbyś tak nie pędzić? - zawołała za nim, jednak on nic nie odpowiedział. W hallu podszedł do kontuaru i wziął jakieś kluczyki, po czym udał się w kierunku wyjścia. Za drzwiami Zajazdu Dworskiego podszedł do samochodu i otworzył pilotem drzwi. - O cholera. - powiedział. - Zapomniałem komórki. Ruszył w kierunku wejścia. Ewa otworzyła drzwi samochodu i... nastąpił wybuch. komentarze [4] Godzina: 14:23:23 Tożsamość Wroga Odcinek 6. Spadek Ksiądz skończył przemawiać. Czterech rosłych mężczyzn podeszło do trumny i opuściło ją do dziury w ziemi. Żałobnicy zaczęli podchodzić do Dominika i składać mu kondolencje. Zaraz po Ewie, jego współpracownicy, podszedł do niego adwokat Anety. - Bardzo żałuję Anety... Poza współpracą była cudowną osobą. - powiedział grobowym głosem. Przerwał na chwilę, po czym rozpoczął mówić swoim zwykłym, rzeczowym głosem - Dominik, posłuchaj. Zajmuję się jej testamentem. Jesteś głównym spadkobiercą, zostawiła ci wszystkie rzeczy osobiste. U mnie są jej dokumenty; wyślę ci list z informacją kiedy możemy się spotkać. - przerwał na chwilę. - Jeszcze raz, przykro mi, że zginęła... Kilka dni później Arbitrix powiedziała, że Aneta zostawiła mu coś, co pomoże oczyścić jej grupę z zarzutów. Prawdopodobnie zapisała mu to w testamencie. Dominik biegł. Trzy samochody ruszyły w pościg za nim, ale Krajewski wiedział, dokąd biec. Promenada nad jeziorem. "Tylko tym razem proszę bez żadnej bomby." Jeden z samochodów nagle wyprzedził inne. Czarna skoda. Wykonała obrót o 90 stopni zastawiając drogę w poprzek dając Dominikowi możliwość ucieczki. Którą to szansę Krajewski wykorzystał. Promenada była zatłoczona. Jak zwykle pod koniec lipca. Było upalnie i Dominik spocił się w biegu, więc teraz zwolnił. Ludzie nie oglądali się za dyszącym mężczyzną trzymającym plik listów w jednej ręcę. Myśleli tylko o niedawnym zamachu. Dominik wszedł do pierwszej lepszej kawiarni, w której znajdował się telewizor. Przy wejściu wpadł na jakąś kobietę. Wysoka blondynka w średniej długości włosach ubrana w kremową garsonkę i trzymającą w ręce brązową, skórzaną torbę kompletnie nie pasującą do jej stroju. Ewa Korczak. Jego współpracownica. - Co... Co ty tu robisz? - wyjąkał Dominik. - Co ty tu robisz? - powiedziała Ewa swym czystym, kojącym głosem. Dominik popatrzył na nią. Cała ich przeszłość stanęła mu przed oczyma. Ich złączone ciała... Spadająca obrączka... Dominik chciał o tym jak najszybciej zapomnieć. - Co ci się stało? - spytała Ewa. - Mi nic. Jeśli już to Anecie. - odpowiedział Dominik nieobecnym głosem. Chciał zapomnieć. Ale nie mógł. Dwa nagie ciała. Byli młodzi. Głupi. On był po ślubie. - Nie rozumiem... - Nie sądzę, by to było odpowiednie miejsce na takie rozmowy. - powiedział oschle. - Dlaczego? Dominik popatrzył na skórzaną torbę. Kosztowała go czterdzieści złotych. - Może pójdziemy do mnie? - zapytała niewinnie. Może pójdziemy do mnie? Może... do mnie... Pójdziemy do mnie... "Czy ona jeszcze coś czuje?" - Dobrze. - odpowiedział niespodziewanie Dominik zapominając o całym niebezpieczeństwie. Wsiedli do jej samochodu, ona usiadła za kierownicą, on na miejscu pasażera. Ruszyli. Mieszkała na obrzeżach miasta, w rozległej dzielnicy domków mieszkalnych po drugiej stronie miasta. Przejechali przez kilka świateł nie odzywając się do siebie ani słowem. Teraz Dominik miał szansę na ułożenie w swojej głowie wszystkich informacji. "Aneta pracowała jako anty terrorystka. Rzeczywiście, ostatnio coś ilość konferencji za miastem gwałtownie się zwiększyła, a ona sama stała się bardziej nerwowa. Czy ona sama stała za zamachem? Tylko dlaczego nagle zaczęła gromadzić dowody na niewinność domniemanych terrorystów? Co takiego skłoniło ją do zmiany poglądów? A może Dżiniści nie mieli racji, może rząd nie stoi za tym zamachem. Może to Dżiniści, lub ktoś trzeci jest zamachowcą. Tylko kto? Kto, do jasnej cholery!" Wjechali na główną ulicę. Zostawili za sobą Rynek, wokół którego stało wiele samochodów z syrenami i antenami telewizyjnymi na dachu. TVN24, TVP3, POLSAT, może nawet jakaś niemiecka, litewska lub rosyjska telewizja. Nagle skręcili w ulicę, przy której stał bank, w którym pracowali Ewa z Dominikiem. - Gdzie... - zaczął Dominik, ale nim skończył, minęli budynek banku. Przejechali jeszcze ponad sześćset metrów, mijając stację kolejową i supermarket, aż wjechali na podjazd małego domku o kremowych ścianach. - Gdzie jesteśmy? - spytał Dominik. - Nie wiesz? Przeprowadziłam się tutaj dwa lata temu. - odpowiedziała Ewa z pewnym wyrzutem w głosie. Dominik popatrzył na nią strapiony. - Może wejdziesz? - powiedziała oschle. - Ewa, posłuchaj... Jeżeli... - Nie Dominik. To ty mnie posłuchaj. - przerwała mu ostro. - Z nami już nic się nie da zrobić. Możesz mi wytłumaczyć co się dzieje? - Co... - wymamrotał kompletnie zaskoczony Dominik. - Znam cię kilka lat. Nigdy tak się nie zachowywałeś. A na dodatek ten samochód... Jechał za nami cały czas. - Jaki samochód? - zapytał przerażony Dominik. - Skoda może? - Być może. Jakiś czarny samochód. Dominik odetchnął z ulgą. Arbitrix. Ale czy można jej ufać? Kto jest prawdziwym wrogiem? Jakie są cele wszystkich osób zamieszanych w całą tę aferę? Dominik nie zauważył, kiedy znalazł się w salonie. - Powiesz mi w końcu, co się dzieje? - zapytała zaniepokojona Ewa opadając na fotel. Dominik streścił jej wydarzenia ostatnich dwóch dni. Wtedy spojrzał na swoją rękę, w której trzymał korespondencję. Położył ją na stole i zaczął przekładać. Odłożył na bok najnowszy katalog Ikei (przecież do najbliższej Ikei mamy ponad siedemdziesiąt kilometrów!), ulotki nowo powstałych pizzerii, kilka listów z kondolencjami, po czym znalazł to, czego pragnął. List nadany przez Janusza Laskowicza. Adwokata Anety. Dominik ostrożnie otworzył kopertę. Ewa wpatrywała się w nią zaniepokojona. Krajewski wyciągnął list i zaczął go czytać. Był to krótki list, zawierający dane o proponowanym spotkaniu w sprawie przekazania spadku. W sobotę, około trzynastej w kancelarii adwokackiej. W sobotę, czyli jutro. Ewa również przeczytała list. Po skończeniu spojrzała na Dominika. - Czy mogę u ciebie przenocować? - zapytał. - Możesz. - odpowiedziała ciepło. - W pokoju gościnnym mam bardzo wygodne łóżko. - dodała. - Dziękuję. - rzekł ciepło uśmiechając się lekko. Nazajutrz Dominik zdziwił się bardzo, widząc otwartą kancelarię adwokacką w sobotę w tak małym mieście. Jednak po chwili zrozumiał decyzję adwokata. Poza nimi nikogo nie było. Pod malutkim biurowcem, który był siedzibą trzech firm stały dwa czarne samochody. Obowiązkowy ogon Dominika Krajewskiego. - Chcesz zobaczyć tekst testamentu? - zapytał Janusz Laskowicz. - Nie... - rzekł cicho Dominik. Popatrzył przez okno. Czarne samochody. Skoda i Ford. - Po prostu chciałbym odebrać to, co Aneta mi zostawiła. - Dobrze. Adwokat podszedł do biurka. Wyciągnął z szuflady kopertę formatu A5 i podał ją Dominikowi. W środku znajdował się jakiś mały, podłużny przedmiot. Do biura weszła Ewa. - To chyba rząd i dżiniści. Nie ma tego trzeciego samochodu. - powiedziała. Dominik przyglądał jej się chwilę, po czym rozerwał kopertę i wysypał jej zawartość na biurko. USB. Zgromadzeni w pokoju popatrzyli się na siebie. - Możemy zobaczyć co na tym jest? - spytał Dominik adwokata. Janusz bez słowa włączył komputer, po czym podpiął urządzenie do wtyczki. Dominik usiadł przed komputerem i zaczął przeglądać zawartość dysku. "Dżiniści mylą się. Rząd również. Anetę zabił ktoś inny." komentarze [6] Godzina: 15:34:57 Tożsamość Wroga Odcinek 5. Dom I znowu garść informacji. * Jeśli chcesz być informowany o nowych odcinkach, napisz pod numer 263365. * Wyjaśnię tytuł odcinka. Otóż każdy Polak wie doskonale, co oznacza słowo dom. Jednak każdy Niemiec również wie, co oznacza słowo der Dom (katedra). I oba znaczenia będą przydatne. * Kolejny odcinek planuję opublikować w poniedziałek lub wtorek. I to chyba koniec zanudzania. Prawdopodobnie o czymś zapomniałem, jeśli mi się przypomni, powiadomię was przed szóstym odcinkiem. *** Dwóch mężczyzn siedziało naprzeciwko siebie. Jeden z nich był zabójcą. Drugi zleceniodawcą. - Dlaczego ją zabiłeś? - zapytał zleceniodawca. - O co ci chodzi? Przecież kazałeś! - zabójca prawie krzyknął. - Czyżbyś nie dostał ostatniej wiadomości? - Jakiej? - Nie udawaj. - Nie udaję. - Krajewska była bardzo ważna! Wiedziała o nas. I zostawiła dowody. Zapadła cisza. - Trzeba te dowody zniszczyć. - rzekł zabójca. - Nie... sądzę, że mnie nie zrozumiałeś. - To znaczy? - Słyszałeś kiedyś o testamencie? - Czy możemy sobie oszczędzić gierek? - Jest ktoś spoza, komu ona ufała. Jemu przekazała dowody. - Mąż? - Tak. - Czyli mam go zabić? - Jeszcze nie. Dopiero, jak odbierze to, co będzie mogło nas zdemaskować. Zabójca uznał, iż rozmowa jest skończona. Wstał od stołu. Jednak zleceniodawca złapał go za nadgarstek. - Jeszcze jeden błąd, a pójdę do konkurencji. I nie omieszkam zapłacić im nawet największej sumy za zabicie ciebie. Kilka dni później Wszechobecna swastyka. Naziści. - Wiesz, dlaczego jesteś kluczem do wszystkiego? - spytała Arbitrix. - Nie. - odpowiedział Dominik. - Więc wejdź i się dowiedz. Arbitrix weszła do środka, Dominik chciał zrobić to samo, ale dwóch mężczyzn zastąpiło mu drogę. Jeden z nich na pewno nie był Europejczykiem. - Musimy pana obszukać. - rzekł jeden. "Faszystowskie świnie." Łaskawie pozwolił im na to. Kiedy nie znaleźli nic podejrzanego wpuścili go do środka. Wszedł do wielkiego, okrągłego pomieszczenia w miejscu, gdzie spotykały się ramiona krzyża. Na podłodze leżał bogato zdobiony dywan perski z wyhaftowanym symbolem swastyki na środku. Ściany były kremowe, a oprócz miejsc siedzących na śrosku pomieszczenia, pod ścianami stały regały zawalone książkami. Arbitrix siedziała na jednym z foteli i rozmawiała z jakimś mężczyzną ubranym podobnie do niej. Czarne, dwuczęściowe ubranie, a na szyi naszyjnik ze swastyką. - Dominik Krajewski. - odezwał się mężczyzna. - Witaj w Domu. Dominik spojrzał pytająco na Arbitrixa. - Nasza kwatera główna, którą nazywamy Domem. - odpowiedziała na niezadane pytanie. - Kim wy jesteście? - Co wiesz o swastyce? - spytał mężczyzna. - Jest symbolem hitlerowskim. - Hmm... A wiesz kiedy powstała? Dominik zaczął się zastanawiać. Czy Hitler przypadkiem nie ukradł komuś symbolu? Jednak mężczyzna nie pozwolił mu się długo zastanawiać. - Swastyka powstała około VI w.p.n.e. w Indiach. Została ona znakiem nowej religii. Dżinizmu. Dominik ledwie powstrzymał się od śmiechu. Podszedł do wolnego fotela, po czym spoczął na nim. - Jesteście... Nie, wybaczcie... Nie mogę uwierzyć. - wystrzelił z siebie. - Sekta religijna? - No nie wiem, czy sekta, ale stowarzyszenie zrzeszające większość wyznawców mieszkających na terenie Polski. - odpowiedziała Arbitrix lekko obrażonym głosem. - Stoicie za tym zamachem w centrum? - Rząd chce, by wszyscy tak myśleli. - odpowiedział mężczyzna. - To może ogłoście, iż jesteście... Zaraz... - Dominik zamyślił się. - Rząd? To znaczy kto? - Tak Dominiku, między innymi twoja żona. - Ale... co ona... Wy ją zabiliście. - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie. - Nie. - odpowiedziała sucho Arbitrix. - To rząd jest winien jej śmierci. To oni ją zabili. Podeszła do jednego z regałów na którym stał odtwarzacz CD. Włozyła do niego płytę i puściła ją Dominikowi. - Z twojej sekretarki automatycznej. - pośpieszyła z wyjaśnieniem. - Co... jak? Arbitrix zrobiła głośniej. Jakieś syki. Jednak nie zagłuszały one głosu. Głosu, który Dominik poznał już po pierwszej spółgłosce. - Dominik, jestem w niebezpieczeństwie. Prawdopodobnie będę martwa, kiedy odsłuchasz tę wiadomość. Zostawiłam ci coś na wszelkiwypadek, coś co pomoże udowodnić, że będą obwiniać nie tego co trzeba. Muszę kończyć. Zawsze cię kochałam. Aneta. - Wiesz o czym mówiła? Zostawiła ci coś? - spytała Arbitrix. - Nie... Jak to możliwe? Jego żona wiedziała, że umrze. "I zostawiła mi coś." - My mamy podejrzenia dotyczące tego prezentu. - rzekł mężczyzna. - Prawdopodobnie w testamencie ci coś zapisała. Coś, co pomoże oczyścić nasze dobre imię. Coś, co pokaże, iż to rząd zaplanował cały ten zamach. - Ale... żadnego spadku nie ma. Zapadła cisza. - Miała adwokata? - zapytała Arbitrix - Tak, prowadziła agencję nieruchomości... A przynajmniej tak wszystkim wmawiała. - Więc musimy się z nim skontaktować. Damy ci samochód. Pojedziesz do domu i się z nim skontaktujesz. - A potem pomożesz nas oczyścić z zarzutów. - powiedział mężczyzna - Mam nadzieję, że te dowody waszej niewinności będą niepodważalne. - rzekł Dominik. - Są na pewno. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Przyniósł kluczyki i wręczył je Dominikowi. Ten ruszył do wyjścia. Pełen świeżej energii niewiadomego pochodzenia. "Chcę pomścić Anetę, czy tych wszystkich, co zginęli w zamachu? A może coś innego mnie motywuje. Na przykład dreszczyk emocji." Nim wyszedł odwrócił się jeszcze i zapytał obecnych. - Dlaczego łacina? Arbitrix znaczy sędzina, ale jest to też rodzaj żeński od arbitratora. Czyli pan, władca. - Cóż... Mimo iż jesteśmy wyznawcami religii wschodniej, czujemy się Europejczykami. Dlatego łacina. - powiedziała Arbitrix. Wtedy Dominik zobaczył po raz pierwszy uśmiech na jej ustach. Tak podobny do tego Anety. W jego oczach pojawiły się łzy. Czym prędzej wyszedł z pomieszczenia mając nadzieję, że się nie zdradził. Ruszył w kierunku samochodu. Czerwona skoda fabia. "Cholera, czy Czesi ich sponsorują?" Wcisnął pedał gazu. Po kilku minutach dotarł do swojego domu. Zaparkował samochód przed bramą i wysiadł. Zawołał go sąsiad. - Panie Krajewski! Co się dzieje? - Przepraszam, ale nie wiem o co pan pyta. - rzekł z uśmiechem Dominik. - Najpierw ta strzelanina, potem jakieś podejrzane typy kręcą się po pańskim domu, jeszcze później jakieś czarne samochody. - Samochody? - zapytał zaniepokojony Dominik. - Tak, stoją tu już dwa dni. - rzekł sąsiad wskazując na trzy samochody stojące przed posesją Krajewskich. - Proszę wejść do domu. Natychmiast. - rozkazał Krajewski. Sąsiad wykonał polecenia z pytającą miną, cały czas obracał się w kierunku Dominika. Kiedy wszedł do swojego domu, Krajewski podszedł do skrzynki na listy i wyjął pocztę. Wział wszystkie listy. Wtedy ruszył jeden samochód, a zaraz za nim wystartowała reszta. Dominik rzucił się do ucieczki. komentarze [10] Godzina: 11:38:47 Tożsamość Wroga Odcinek 4. Arbitrix Nim zagłębicie się w lekturę czwartego odcinka chciałbym poinformować o kilku sprawach. * Następny odcinek opublikuję pomiędzy środą a piątkiem, później rozpoczyna się rok szkolny. Podczas tego strasznego okresu będę publikował odcinki w dwa określone dni tygodnia (poniedziałek/wtorek, czwartek/piątek). * I seria ma mieć 11 odcinków, może również powstać druga seria, ale jeśli nie będzie zainteresowania pierwszą, następna nie powstanie. I to koniec przynudzania. Oddaję wam czwarty odcinek losów Dominika Krajewskiego o tajemniczym tytule Arbitrix (pierwotnie ten odcinek miał się nazywać Arbitrator; taka mała wskazówka). *** "Bomba. O co tutaj chodzi?" Ułamek sekundy po wybuchu wyleciały wszystkie okna kafejki. Na podłogę posypała się straszliwa mieszanina gwoździ, krwi, gruzu i... ludzkich szczątków. Wszyscy padli na podłogę. Ktoś zaczął krwawić. Właściciel kawiarenki leżał na podłodze nie dając znaków życia. "Czy to koniec świata?" pomyślał Dominik. "Jeżeli tak, to gdzie jest Bóg? Czy wyjdzie zaraz spod tych gruzów?" Nieśmiało podniósł głowę. Już nigdy nie zapomniał tego widoku. Naprzeciwko budynku z kawiarenką, tam gdzie jeszcze trzy minuty temu stały trzy kamienice, znajdowała się ogromna dziura. "To napewno był meteoryt. Bo co innego mogłoby zostawić taki krater?" Ale Dominik w głębi serca wiedział, że stało się coś dużo gorszego niż upadek meteorytu. Tylko co? Postanowił wyjść na plac. Nie musiał się fatygować do drzwi; nie pozostało po nich nic prócz niewyraźnego wspomnienia. Podobnie jak po ścianie, która przed chwilą też się tam znajdowała. Gdzieś w oddali włączyły się syreny. "Pewnie jadą z tej fabryki. Ciekawe, czy zdążyli ich już pozbierać?" Od strony ratusza dobiegły jakieś niewyraźne dźwięki brzmiące jak skrzypienie drewnianej podłogi, która nie mogła udźwignąć zbyt dużego ciężaru i w każdej chwili była gotowa runąć. Prawdopodobnie konstrukcja najcenniejszego budynku w mieście została naruszona. Oczy wszystkich żywych zwróciły się w stronę ratusza. Niektórzy zaczęli się cofać, inni zbliżać do budowli. Syreny były coraz bliżej. Ktoś biegał wokół leżących osób. Krzyczał na całe gardło o "innego lekarza, bo z tyloma rannymi to on sobie nie poradzi!" Radiowozy zatrzymały się przy barierkach oddzielających Rynek od ulicy. "Barierki przeszkodą w sprawnej akcji ratunkowej. Już widzę te nagłówki w Fakcie czy innym Superexpresie." Kilku policjantów wysiadło z samochodów blokując dojazd bardziej potrzebnym służbom (straż pożarna w sprawie barierek, ambulans, który z Olsztyna przyjedzie za pół godziny, pogotowie gazowe, bo kto wie, czy to nie był wybuch gazu, no i oczywiście wszystkie stacje telewizyjne zaczynając od TVNu na Trwam kończąc). Nagle ktoś złapał Dominika za ręce i skuł je kajdankami. - Jest pan aresztowany za pomoc w organizacji zamachu bombowego. - powiedział policjant. - Proszę za mną. - Ale panowie! - było ich dwóch. - Co... o co... chodzi? Ja nie mam z tym nic wspólnego! - Wszystko co pan powie może być wykorzystane przeciwko panu. Więc najlepiej byłoby, gdyby już się pan więcej nie odzywał. - Ale... Doszli do radiowozu. Stary polonez z czarną rejestracją. A przecież mieli wymienić wszystkie pojazdy należące do policji. Przez zaskoczenie Dominik nie zauważył, że przeszli przez ulicę i weszli do samochodu, który znajdował się pięćset metrów od innych radiowozów. Policjanci posadzili Krajewskiego na tylnim siedzeniu i ruszyli w drogę. Za pierwszym skrzyżowaniem minęli komisariat policji i na światłach skręcili w główną ulicę miasta prowadzącą do Olsztyna. Wyjeżdżali poza miasto. Wjechali na groblę dzielącą jezioro na dwie części (północną i południową) i skręcili w pierwszą szosę w prawo. Po stu metrach zaczął się las, który niespodziewanie po stu metrach się skończył. Tam, na skraju tego lasu, się zatrzymali. Jednak nie byli sami. Stali obok czarnej skody octavii. Policjanci kazali Dominikowi wysiąść. Posłusznie wykonał ich polecenie. Podeszli do niego i zdjęli mu z rąk kajdanki. Po chwili zaprowadzili go do skody. Wsiadł na tylnie siedzenie. Obok niego siedziała dość młoda kobieta łudząco podobna do Anety. A może tylko się tak Dominikowi wydawało... Czarne, krótkie włosy spięte z tyłu w kok. Mimo, iż był środek lata, jej pociągła twarz pozostała szara jak granit używany do produkcji nagrobków. Oczy miała niebieskie, głęboko osadzone, co sprawiało wrażenie, iż kobieta ta jest bardzo inteligentna. Ubrana była w długą, czarną suknię, a z szyi zwisał jej wisiorek z krzyżem złamanym na końcach. Swastyka. "Faszyści?" Dominik rozejrzał się dookoła. Na łańcuszku wiszącym na lusterku również widniał ten znak. - Dominik Krajewski, jak się cieszę, że cię widzę. - powiedziała kobieta szorstkim głosem, ostro kontrastującym z wypowiedzianymi słowami. - Skąd... - zająkał się Dominik. - Znałam twoją żonę. Nie od tej strony, co ty, tylko od tej gorszej. - Aneta? Co ona ma z tym wspólnego? - Dominik prawie krzyczał. - Spokojnie, chwila. Zaraz do wszystkiego dojdziemy. - jej głos nie zmienił się ani na sekundę. Dalej był tak samo szorstki i monotonny. - Niektórzy zwą mnie Arbitrix. "Faszyści posługujący się łaciną? Jednak te wszystkie nudne godziny spędzone w ławce na nikomu niepotrzebnej lekcji się przydały! I mamy pierwszy plus tej chorej sytuacji." - To jest rodzaj żeński od słowa... - Wiem, co to znaczy. - przerwał jej Dominik - To dobrze. Opowiedz mi o sobie. - Co... - Przepraszam, źle sformułowałam zdanie. Opowiedz mi o was. - Ale... - O tobie i Anecie. Jak się poznaliście, kim byliście... - O co tutaj chodzi. Ruszyli. Szofer niestety nie był ubrany w mundur i nie nosił takiej śmiesznej czapeczki, którą każdy przedstawiciel tego zawodu miał na sobie we wszystkich filmach rodem z USA. - Ja zadałam pytanie wcześniej, niż ty. - A jeśli nie mam zamiaru opowiadać mojego życiorysu? - Oh, to pomoże i tobie i mi. Skojarzysz kilka faktów, a ja się dowiem "dlaczego". Możesz ukryć swoje błędy, chyba że są bardzo ważne i opowiedzieć bajeczkę, która przypomina historię stworzoną przez jednego z tysięcy autorów harlequinów. Dominik przez chwilę milczał, po czym zaczął mówić trzęsącym się głosem. - Ja... My... poznaliśmy się na jakiejś dyskotece w Warszawie. Oboje mieszkaliśmy tam od urodzenia. Byliśmy wtedy na studiach. - na chwilę się zatrzymał, jednak chwilę później kontynuował; jego głos już się nie łamał. - Ja byłem na trzecim roku bankowości, ona na drugim marketingu i zarządzania. Jakoś się tak złożyło, że półtora roku później wzięliśmy ślub. Skończyliśmy studia i zaczęliśmy pracować. Ja w dużym banku, ona w agencji nieruchomości. Dwa lata temu założyła własną firmę i przeprowadziliśmy się do tego miasteczka. Ja zostałem kierownikiem w nowootwartym oddziale naszego banku. - Miała jakąś rodzinę? - nareszcie głos Arbitrix zaczął brzmieć ludzko. - Nie, jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, ale miała wtedy dwadzieścia lat. Jej dziadkowie nie żyją od bardzo dawna. - Znikała na jakiś czas? Wyjeżdżała? - Czasami, tak. Na konferencje. Różne. - głos Dominika stawał się coraz bardziej cichy. - Kto ją zabił? - Dowiesz się na miejscu. Skręcili z szosy na żwirowy podjazd i podjechali pod jakiś budynek. W kształcie krzyża ze złamanymi ramionami. komentarze [11] Godzina: 20:03:33 Tożsamość Wroga Odcinek 3. AJCASNES Dominik Krajewski został postawiony na ziemi. Chwilę później wybuchło zamieszanie. Padły strzały. Dominik poczuł, jak ktoś go rozwiązuje. - Jeśli zdejmiesz ten worek w przeciągu następnej minuty, zabiję cię. Krajewski zamarł; słyszał już ten głos. "Jeśli w ciągu następnych 30 sekund nie znikniesz, zabiję cię, tak jak zabiłem ich, jak zabiłem twoją żonę, jak zabiłem wielu innych ludzi. Uciekaj." "Jeśli zdejmiesz ten worek w przeciągu następnej minuty, zabiję cię." "Ten człowiek zabił moją żonę!" pomyślał Dominik. Nagle poczuł, jak wpada mu coś do kieszeni. Coś małego. Kartka papieru. Minutę później Dominik postanowił poczekać jeszcze chwilę, ale do ucieczki zmusiły go syreny wyjące gdzieś w oddali. "Jadą po mnie" pomyślał Dominik. "Co? Boże, już zaczynam świrować." "To może lepiej, że po ciebie jadą." "I dokąd mnie zabiorą?" "Do wariatkowa!" Dominik skarcił się za te myśli, szybkim ruchem zdjął worek z twarzy i... zobaczył coś, czego nikt nigdy nie chciałby widzieć. Prawdopodobnie tak wyglądał Berlin w maju '45. Dominik już wiedział, co wybuchło. Osmolony minivan stojący na centralnym punkcie placu przed starą i opuszczoną fabryką. A wokół kilka trupów. Trupy. Wszędzie dookoła. Krajewski rzucił się do ucieczki. Syreny policyjne były już coraz bliżej. "Zaraz mnie zgarną! I co im wtedy powiem?" "To wszystko wina mojej żony!" "A gdzie jest pańska żona?" "W grobie." Na samą myśl o tym przyspieszył. Wbiegł do pustego magazynu. Na przeciwległym końcu budynku znajdowały się drzwi. Policja była już na placu. Dominik dopadł drzwi. Popchnął je z całej siły. Były zamknięte. "Cholera!" Zaczął się rozglądać za innym wyjściem. W odległości około stu metrów znajdowało się wybite okno. Dominik szybko ocenił swoje szanse. Dość marne. "Ale co mam zrobić?" Szybko podbiegł do okna, wskoczył na jakieś pudła stojące pod nim, przeskoczył i wylądował na zewnątrz. Przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje, ale dość szybko przypomniał sobie to miejsce. Znajdował się przy głównej ulicy w mieście. Niecały kilometr dalej jest rynek, na którym zawsze jest pełno ludzi. Postanowił się tam przejść. Kiedy był w połowie drogi przypomniał sobie o czymś, co znajdowało się w jego kieszeni. Sięgnął do niej i wyciągnął kartkę papieru. "JESTEŚ KLUCZEM DO AJCASNES PRZECZYTAJ WSPAK ZNAJDŹ SYNONIM" W nagłym przypływie olśnienia zrozumiał. SENSACJA. Ale synonim? Był już na rynku, nad którym królował piękny, renesansowy ratusz. W jednej z kamieniczek znajdowała się kafejka internetowa. Dominik postanowił poszukać w niej odpowiedzi na kilka pytań. Wszedł do kawiarenki o bardzo wymyślnej nazwie "INTERNET". Zapłacił z góry za godzinę 2 zł (co za zdzierstwo!). Podszedł do monitora oklejonego badziewnymi naklejkami, wśród których znajdowała się mało zauważalna cyferka "4". Dominik włączył komputer, poczekał chwilę aż się załaduje. Chwilę później zaczął szukać słownika synonimów. Dwie sekundy później (ach te google!) takowy znalazł. Wszedł na stronę ze słownikiem i do wyszukiwarki wpisał słowo "sensacja". Niecałą sekundę później (nie ma to jak światłowody!) słownik pokazał listę wszystkich synonimów szukanego słowa. Ewenement. Osobliwy wypadek. Rewelacja. Wyjątkowe zdarzenie. Bomba. W tej samej sekundzie coś wybuchło. Prawdopodobnie bomba. komentarze [8] Godzina: 20:50:36 Tożsamość Wroga Odcinek 2. Stary Człowiek "Jeśli w ciągu następnych 30 sekund nie znikniesz, zabiję cię, tak jak zabiłem ich, jak zabiłem twoją żonę, jak zabiłem wielu innych ludzi. Uciekaj." "zabiłem twoją żonę." "To jeszcze nie koniec..." Dominik odrzucił słuchawkę jakby płonęła. Nawet się nie zastanawiał. Ten facet na pewno nie żartował. Dominik rzucił się do ucieczki. Przebiegł przez kuchnię i spiżarnie, po czym wypadł do ogrodu. Za nim rozległy się jakieś strzały. Podeptał irysy Anety, ominął stary, rozłożysty buk rosnący na tej działce od niepamiętnych czasów, przeskoczył nad oczkiem wodnym z jego ulubionymi rybkami i dopadł ogrodzenia. Wdrapał się na nie niczym kot polujący na wyjątkowo dużą mysz stojącą samotnie na szczycie i nieruszającą się z miejsca nawet na widok rozjuszonego drapieżcy. Krajewski przeskoczył przez płot, jednak wylądował niefortunnie i zaczęła go boleć kostka. Nie myślał jednak o bólu, tylko o ucieczce. Jak najszybciej stąd uciec. Aneta. Ile by dał za to, by Aneta była przy nim. Chociażby po to, by mu wyjaśnić to, co się dzieje. Bo dzieje się coś niedobrego. Znajdował się teraz na ciemnej, nieoświetlonej, pustej ulicy. Pustej? Coś się poruszyło. Coś wielkiego. "Jest ich kilku" pomyślał sobie Dominik. Zaczęli go obchodzić ze wszystkich stron. Czterech napastników. Rzucili się na niego w jednym momencie. Gdyby nie powaga sytuacji i fakt, iż Dominik bał się o swoje życie, zachwyciłby się precyzją napastników rzadko spotykaną poza zegarkami sprowadzanymi ze Szwajacrii. Pojmali go i związali. Stracił przytomność. Jakiś czas później Dominik Krajewski został porwany. Leżał związany na podłodze minivana. Samochodem, poza nim, jechało jeszcze co najmniej trzech mężczyzn. Przed chwilą odzyskał przytomność. Jednak nie trwało to długo. Po chwili znów zapadł się w czerń. Było już jasno Dominik obudził się z potwornym bólem głowy. Postacie nad nim poruszyły się na widok jego otwartych oczu. "Porwali mnie kosmici?" "Wyglądają jak oni." Szybko odpędził tę myśl od siebie uznając, iż czas skończyć z oglądaniem Discovery i filmów sci-fi. Ktoś posadził go i wsadził mu coś do ust. Chwilę później jego wzrok zaczął działać normalnie. Niski człowiek kazał mu wstać i udać się do pomieszczenia obok. Jakiś mężczyzna. Głos nieznany. Trzeba zapamiętać. Dominik posłusznie wstał i udał się w kierunku drzwi. Zaraz po przejściu przez nie uderzył go wiatr więjący z miejsca, którego nie dało się zlokalizować. Prawdopodobnie klimatyzacja. Pomieszczenie wyglądało jak wielka, porzucona hala przemysłowa. Gigantyczna szara przestrzeń, stare, zardzewiałe maszyny, powybijane okna, podrzędne graffiti na ścianach, krzesło stojące na środku pomieszczenia. A na tym krześle stary człowiek ubrany w marynarkę. "Czy to Vito Corleone?" pomyślał Dominik. Rzeczywiście, mężczyzna wyglądał jak Marlon Brando w Ojcu Chrzestnym, oczekiwało się wręcz od niego tegi charakterystycznego włoskiego akcentu. Jednak gdy się odezwał, jego głos zabrzmiał nienaturalnie. - Usiądź proszę, Dominiku. - powiedział wskazując na krzesło stojące naprzeciwko. Krajewski przysunął się w jego kierunku, ale nie usiadł na nim. - Kim jesteś? - Aneta ci o mnie nie opowiadała? I bardzo dobrze, bo to my musielibyśmy ją zabić. - Co... Nie rozumiem... - wyjąkał Dominik, po czym zdecydował się spocząć. A co. Raz się żyje. Nogi już nie te same. - Widzisz Dominiku, twoja żona była jednym z najlepszych agentem służb antyterrorystycznych w kraju. Dominik przez chwilę myślał, że się przesłyszał. - Że co przepraszam? To ma być żart? Nie... chwila... Aneta? - Wiem, jak trudno... - Wy ją zabiliście? - Nie - To jak zginęła? Stary człowiek odczekał chwilę, po czym rzekł bardzo powoli: - Dominiku, tu nie jest ważne JAK zginęła. Ważne jest DLACZEGO. - Czy to ma jakiś związek z AJCASNES? - Co wiesz o AJCASNES? - Nic - To dobrze. - powiedział stary, po czym skinął na kogoś palcem. Nagle Dominik poczuł worek na swojej twarzy. Ktoś go związał. Chwilę po tym podniósł i wyniósł na dziedziniec. Nim skończyli iść, usłyszeli wybuch. komentarze [3] Godzina: 19:57:36 Tożsamość Wroga. Odcinek 1. Wiadomość Dominik Krajewski został porwany. Leżał związany na podłodze minivana. Samochodem, poza nim, jechało jeszcze co najmniej trzech mężczyzn. Ale zacznijmy od początku. Wiadomość o śmierci Anety spadła na niego niespodziewanie i wbiła się w serce jak nóż spadający ostrzem na nogę. "Zabili ją bezdomni". "Bezdomni". Dla marnych 20 groszy. Dominik byłby skłonny zrozumieć, gdyby mieszkali w Warszawie, albo innym dużym mieście. Ale bezdomni mordercy na tym mazurskim zadupiu? Byli ze sobą kilka lat. Nie mieli jeszcze dzieci, choć od kilku miesięcy starali się o nie. Ale jakie to ma teraz znaczenie... Trzeba zorganizować pogrzeb. 5 dni po śmierci Anety. Czas goi rany. Dominik wątpił w to. W kaplicy na miejscowym cmentarzu znajdowali się tylko on i ona. Inni żałobnicy nie istnieli. Liczyło się tylko to, co on czuł. Ta wszechobecna pustka obezwładniająca całe ciało jakby było związane linami. Aneta. Jego piękna, mądra, wspaniałomyślna, ciepła, kochająca, wspójczująca Aneta. Jego żona. Nie żyje. Żałobnicy zaczęli do niego podchodzić z zamiarem złożenia kondolencji. Dominik nie pamiętał swoich odpowiedzi. Marsz żałobny przesunął się w kierunku dziury w ziemii. Tam spocznie miłość jego życia. Ksiądz zaczął mówić coś zupełnie bez sensu. Coś o patriotyzmie, miłości do ojczyzny, oddaniu w pracy. Oddanie w pracy? Na Boga! Aneta wciskała ludziom najgorsze rudery za najwyższe ceny. Była agentem nieruchomości. Dopiero w tym momencie ich zauważył. Czarne marynarki. Okulary przeciwsłoneczne na nosach. I było ich kilku. O co tutaj chodzi? Zaczął uważniej wsłuchiwać się w przemówienie księdza. Nie pojawiło się już w nim nic wartego zauważenia. Kilka godzin później. Stypa skończyła się. Dominik leżał otępiały na łóżku. Nie myślał już o tych mężczyznach. Oni nic nie znaczyli. Aneta. Tylko to słowo się liczyło. Nagle zadzwonił telefon. Kiedy Dominik zastanawiał się nad tym, czy ma go odebrać włączyła się poczta głosowa. - To jeszcze nie koniec. Dominik natychmiast się zerwał z łóżka. Co to było? Wiadomość się skończyła. "To jeszcze nie koniec". Gruby, męski głos. Co to ma znaczyć? Zaczął przeszukiwać swoją prywatną bazę znanych sobie głosów (móżg) w poszukiwaniu najmniejszego śladu tego głosu. Po kilku minutach stwierdził, że nie słyszał go jeszcze nigdy. Odtworzył wiadomość raz jeszcze. - To jeszcze nie koniec. Czy to ma związek ze śmiercią Anety? Przecież ona została zamordowana przez bezdomnych! Co za głupia myśl. Ale ta "głupia myśl" nie dawała mu spokoju. Włączył komputer. Po kilkunastu sekundach otworzył się ekran powitalny. Przez następnych dziesięć sekund czekał na włączenie neostrady. Włączył mozillę. Powitał go znaczek iGoogle. Ma dwie nowe wiadomości. Pierwszą z kondolencjami od starego znajomego ze studiów. Druga wiadomość była od kogoś z onetu. "Zabiłem twoją żonę" W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Dominik podskoczył na krześle jak naleśnik podrzucany na patelni przez nadgorliwego kucharza. Podniósł się i podszedł do drzwi. Przez judasza zobaczył swoich gości. Dwóch mężczyzn ubranych w mundury policyjne. Otworzył drzwi. - Sierżant Mirosław Zawadzki. To jest porucznik Kamil Kościelny. Pan się nazywa Dominik Krajewski? - Taak... - Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań. Możemy wejść? - O...oczywiście. Proszę, zapraszam. W czym mogę służyć? Policjanci rozejrzeli się po pomieszczeniu, po czym przeszli do salonu. Usiedli na kanapie i zaczęli mówić. - Czy wie pan, w jakich okolicznościach zginęła pańska żona? - Tak, zabili ją bezdomni. - Czy jesteście ze sobą pokłóceni? To pytanie wytrąciło Dominika z równowagi. - Nie wiem, czemu pan o to pyta. - powiedział oschle. Młodszy, Zakościelny, czy jak go tam zwał, zapisał coś w notesie. - Proszę odpowiadać na pytania. - Nie, wszystko było... bardzo dobrze. - Pani Krajewska ma przyjaciół, dobrych znajomych, rodzinę? - Tylko matkę. Przyjaciół mamy wspólnych. Dlaczego zadaje pan pytania, jakby ona jeszcze żyła? Zawada zignorował to pytanie. - Co pan wie o AJCASNES? - A co to ma wspólnego ze śmiercią Anety? - Wie pan coś o tym, czy nie? - Nie, nie przypominam sobie nic takiego. AJCASNES? Co to ma znaczyć? - Jest pan aresztowany za składanie fałszywych zeznań. Przysługuje panu prawo do adwokata. - Ale... Panowie, o co chodzi? - zapytał oszołomiony Dominik. Policjanci podeszli do niego i skuli go kajdankami. Wygłosili jeszcze kilka obowiązujących zdań i zaczęli wychodzić. Kiedy przeszli przez drzwi, Dominik zobaczył nieoznakowany policyjny radiowóz. Poznał go po kogucie stojącym na dachu. Nagle, nie wiadomo z której strony padły strzały. Policjanci padli na ziemie. Zaczęli krwawić. Jeden z nich zdążył powiedzieć "bomba". Chwilę później obaj skonali. Strzałów więcej nie było. Dominik podszedł do jednego z policjantów i wziął od niego kluczyk. Zdjął sobie kajdanki. Wtedy zadzwonił telefon. Dominik podskoczył do niego, by go odebrać. Zaraz po podniesieniu słuchawki usłyszał głos. - Jeśli w ciągu następnych 30 sekund nie znikniesz, zabiję cię, tak jak zabiłem ich, jak zabiłem twoją żonę, jak zabiłem wielu innych ludzi. Uciekaj. komentarze [6] |